O autorze
Warszawski Muranów to unikat na skalę światową. Architektoniczna utopia na gruzach dawnego getta, ciągle niepewna własnej tożsamości. Nowa Huta i Karl-Marx-Allee w jednym. Centrum dawnej dzielnicy żydowskiej, której materialnych śladów prawie już nie widać, ale która wciąż tutaj jest - pod nowymi budynkami, chodnikami i ziemią. Dla NaTemat nadają stąd: Beata Chomątowska - dziennikarka, założycielka Stowarzyszenia Inicjatyw Społeczno-Kulturalnych Stacja Muranów i Paweł Brylski – dobry duch Stacji; kiedy powstawała, pracował dla Muzeum Historii Żydów Polskich, dziś interpretator, przedstawiciel literatury half-fiction i zwolennik dobrego życia, oraz Karolina Przewrocka, absolwentka uniwersytetów w Krakowie, Berlinie i Tel Avivie, uzależniona od nauki języków obcych oraz od polskiej i żydowskiej literatury; życiowego balansu szuka w miejscach pęknięć - tym razem odnalazła go na Muranowie.

Cud, który był i którego nie było

Wieża kościoła na Nowolipkach nocą
Wieża kościoła na Nowolipkach nocą Wikipedia
Późną jesienią 1959 r. tym zjawiskiem żyła cała Polska. Opisywano je w listach. Ze wszystkich stron kraju zjeżdżano na Muranów, chcąc ujrzeć je na własne oczy. Zdezorientowało władzę i milicję, która aresztowała w tej sprawie prawie 800 osób. I dopiero stanowisko Kościoła, bądź co bądź najistotniejszego uczestnika wydarzeń na Nowolipkach, zbiło wszystkich z tropu.

- Październik, już po zmroku, stoję z mamą na galerii naszej kamienicy, patrzę w stronę wieży kościoła, a tam zamiast krzyża – Matka Boska, pod jej stopami kula ziemska. Setki ludzi oglądały wtedy cud codziennie, przez cały miesiąc, milicja przeganiała, ksiądz proboszcz prosił, żeby się nie gromadzić, a myśmy i tak stali i widzieli. Pod koniec miesiąca cud się skończył i sprawa ucichła – opowiada Krystyna z Nowolipia, która wciąż wierzy, że muranowski cud widziała, a pamięta go, jakby był wczoraj.
Witold Dąbrowski, historyk z Muranowa, w swoim komputerze takich relacji zebrał setki. Kiedy zaczynał pracę nad tekstem o muranowskich objawieniach, nie spodziewał się tego, co usłyszy od ludzi i jakich materiałów doszuka się na ten temat w archiwach. – Prawie tysiąc listów osób relacjonujących zdarzenie, notatki służbowe SB, raporty o represjach, listy zatrzymanych. Zapanował chaos, władza nie wiedziała, co się dzieje – opowiada Dąbrowski. Sam jest jednym ze świadków tamtych wydarzeń - miał kilka lat, gdy na wieży kościoła zauważył niecodzienne światło.
Po raz pierwszy mieszkańcy Muranowa dostrzegli je 7 października 1959 roku około godziny 19. Wokół kościoła szybko zaczęli gromadzić się ludzie. Niektórzy poza obłokiem dostrzegali na wieży również wyraźną postać. „Twarz miała młodzieńczą, o wyraźnych rysach, poważną, zmartwioną i zakłopotaną, ale bardzo ładną(...) Usta lekko otwarte jakby chciała coś powiedzieć, lub może coś mówiła. Ubrana była w suknię luźną, przewiewną i nie dotykającą samej kuli” – pisze jeden z nich, Ryszard Fijałkowski. Świadkowie postaci, która szybko zyskała miano Matki Boskiej Różańcowej Muranowskiej, twierdzą też, że za każdym razem widzieli ją zwróconą do tłumu twarzą, choć z ich relacji wynika, że podchodzili pod kościół z różnych stron. „Cała jej postać przepięknie jaśniała, a wokół głowy miała aureolę, po której poruszał się jasny punkcik (gwiazdka) zgodnie z ruchem wskazówek zegara. Matka Boska sprawiała wrażenie żywej, nie była to postać statyczna jak w przypadku figur. Ludzie modlili się, śpiewali, płakali, co jakiś czas przez tłum przechodził „pomruk” wzruszenia” – pisze pani Elżbieta, która miała wówczas 8 lat.



Gdy na Muranów ściągały tłumy, Hanna Antosiewicz miała 12 lat. „Widziałam chłopskie furmanki i autobusy, którymi przyjeżdżały całe pielgrzymki. Pamiętam też, że władze wyłączały światło, cały Muranów tonął w ciemnościach. Ludzie mówili, że UB szuka w ten sposób przyczyny pojawiania się jasnego, świetlnego obłoku na szczycie wieży kościelnej. (...) Wyłączanie świateł nic nie dawało, na wieży przez cały październik był widoczny biały obłok, a czasami Matka Boża. Wtedy władze postanowiły zrobić porządek z muranowskim kościołem” – relacjonuje pani Hanna. Ówczesny proboszcz, ksiądz Stefan Kuć, w raporcie dla kurii napisał: "Na wieży pod krzyżem, gdzie wstępowały światła, znajduje się kula pozłacana, a niżej blacha miedziana, która pokryła się patyną biało-zielonkawą. Możliwe jest fosforyzowanie się tej blachy pod wpływem dużego naświetlania słonecznego. Opinia ludzi jest podzielona, jedni uważają to za zjawisko cudowne, inni jako naturalne". 12 października na plebanii pojawili się funkcjonariusze MO i poprosili o klucze od wieży. Cztery dni później zamalowali świecącą blachę na kolor ciemnozielony. Władza sięgała po kolejne środki zaradcze. 26 października, jak informuje kronika parafialna, "pomalowano świecące miejsca czarną farbą lakierowaną". Bezskutecznie. Następnego dnia pomalowano raz jeszcze "jakąś farbą jaśniejszą i czymś posypano". Światło wciąż jednak było widoczne. 29 października pomalowano miejsca na wieży po raz kolejny, tym razem czarną matową farbą. Kronika parafialna: "Od tej pory świateł na wieży nie widać”. Hanna Antosiewicz: „Nie pomogło wygaszanie światła, ani pomalowanie kuli. Dopiero gdy skończył się październik, skończył się cud.”



Po Polsce rozchodziły się listy z informacjami o cudzie. Już 12 października oficer SB odpowiedzialny za perlustrację listów napisał w sprawozdaniu: „Wszystkie dokumenty skontrolowane zawierają informację o zaistniałym cudzie, bądź zasłyszane, bądź stwierdzone naocznie.” Do 16 października w ręce SB wpadło ponad 970 listów, z których zdecydowana większość określała zdarzenia na wieży kościoła mianem cudu. Niektóre z nich zdradzały panikę. „Syn pisze do rodziców (...) Tatusiu i Mamusiu to jest na pewno niedaleko koniec tego świata – jakby ktoś mógł niech przyjedzie”. MO nie dawała za wygraną, skutecznie wypierając mieszkańców z przylegających do kościóła ulic. „Milicja stoi i puszcza reflektory ażeby nie było widać cudu, ale to nie pomaga, ludzie się pchają a milicja leje pałami” – czytamy w jednym z perlustrowanych listów.
Aresztowano 766 osób – w tym 551 mężczyzn i 215 kobiet. Połowa zatrzymanych przyjechała do Warszawy z innych części kraju. Tych, którzy modlili się pod kościołem, kontrolowano i zatrzymywano za zakłócanie porządku publicznego. Zdarzyły się wysokie grzywny i aresztowania ze skutkiem wyroków skazujących na więzienie od miesiąca do pół roku. Niektóre z odnotowanych przez SB zatrzymań z powodzeniem posłużyłyby za scenariusz amerykańskiego filmu akcji. „W dniu dzisiejszym Służba Bezpieczeństwa zatrzymała 7 osób (..) Aresztowano również Oleksiuka Franciszka lat 25 konduktora MPR, który w dniu dzisiejszym rano rozlepił na terenie Warszawy ulotki... treść ulotek miała charakter sensacyjny i powodowała gromadzenie się ludzi pod kościołem” – głosi jedna z zachowanych notatek funkcjonariusza.
I tylko stanowisko Kościoła w sprawie cudu zbiło wszystkich z tropu. 15 października Kuria Metropolitalna Warszawska wydała oświadczenie, w którym zapewniła, że „zjawisko świetlne” na wieży kościoła jest zjawiskiem naturalnym, i zaapelowała o to, by wierni nie gromadzili się na Nowolipkach i nie utrudniali „normalnego prowadzenia zajęć duszpasterskich”. „Pragniemy wyjaśnić, że zjawisko nadprzyrodzone – dogmat jest wtedy, gdy nie można go sobie wytłumaczyć w żaden sposób naturalny. (...) Prosimy więc o zachowanie spokoju, by przez zbyt pochopne sądy nie pomniejszać wartości rzeczywistych zjawisk nadprzyrodzonych” – usłyszeli z ambony parafianie Św. Augustyna.
Po 53 latach od wydarzenia historyk Witold Dąbrowski przyznaje, że sam nie wie, co ma o nim myśleć. – Widziałem zjawisko, i wiem na pewno, że to nie było światło naturalne, albo takie, jakim można by w tamtych czasach podświetlić wieżę kościoła. Poza tym nie umiem określić, co to było. Jako osoba wierząca mogę mieć w tym temacie własne odczucia, ale skoro Kościół się w tej sprawie nie wypowiada, to i ja nie będę – podkreśla.
Karolina Przewrocka

Korzystałam z książki Witolda Dąbrowskiego „Cud na Nowolipkach. Objawienie w kościele św. Augustyna w 1959 roku w Warszawie”.
Trwa ładowanie komentarzy...