O autorze
Warszawski Muranów to unikat na skalę światową. Architektoniczna utopia na gruzach dawnego getta, ciągle niepewna własnej tożsamości. Nowa Huta i Karl-Marx-Allee w jednym. Centrum dawnej dzielnicy żydowskiej, której materialnych śladów prawie już nie widać, ale która wciąż tutaj jest - pod nowymi budynkami, chodnikami i ziemią. Dla NaTemat nadają stąd: Beata Chomątowska - dziennikarka, założycielka Stowarzyszenia Inicjatyw Społeczno-Kulturalnych Stacja Muranów i Paweł Brylski – dobry duch Stacji; kiedy powstawała, pracował dla Muzeum Historii Żydów Polskich, dziś interpretator, przedstawiciel literatury half-fiction i zwolennik dobrego życia, oraz Karolina Przewrocka, absolwentka uniwersytetów w Krakowie, Berlinie i Tel Avivie, uzależniona od nauki języków obcych oraz od polskiej i żydowskiej literatury; życiowego balansu szuka w miejscach pęknięć - tym razem odnalazła go na Muranowie.

Ekspedycja piwniczna. Seria z dreszczykiem

Muranów składa się z warstw, dzięki którym można go czytać jak palimpsest. Jedna to współczesne osiedle, druga – osiedle widmowe z niezrealizowanych do końca projektów Bohdana Lacherta i jego pomagierów. Trzecia - nieistniejące już miasto, tkwiące pod chodnikami i w murach nowych budynków. O tej warstwie krążą miejskie legendy, zaadaptowała je ostatnio Sylwia Chutnik w „Muranoo”, sparafrazował w trashowej konwencji Igor Ostachowicz. Stare piwnice, ludzkie kości, mityczne „żydowskie skarby” i duchy. Ale to przecież nie wszystko, co kryją muranowskie podziemia.

Tkwią pod ziemią niezbyt głęboko, ot, dwa, może trzy metry. Jedno piętro w dół z poziomu wejścia do klatki schodowej, jak zwyczajne piwnice. Przynależą do świata innej mitologii niż muranowskie duchy. To świat PRL-owskiego dzieciństwa, Pana Samochodzika i zagadek poniemieckich bunkrów z pochłanianych z wypiekami na twarzy przygodowych produkcyjniaków o zapomnianych tytułach. Czytając je, wielu nastoletnich mieszkańców bloków z lat 50. nie było nawet świadomych, że w zasięgu ręki mają inne, nie mniej tajemnicze kazamaty.

Na Muranowie jest ich ponad 60, ponoć najwięcej w całej Warszawie. Ich istnienie sygnalizują wystające nad powierzchnię kwadratowe „grzybki” z betonu, stały element dekoracyjny podwórek w północnej części osiedla. To wyjścia zapasowe ze schronów, które miały też służyć jako czerpnie powietrza. Są na Andersa, Anielewicza, ciągną się na zapleczach bloków przy Lewartowskiego, w stronę Stawek. Cóż, tylko socrealistyczne fortece wzdłuż dzisiejszej ulicy Andersa i ich mniejsze odpowiedniki, samotne flanki na Jana Pawła II, tuż obok Pawiaka, mogły dać odpór zakusom złego Wuja Sama, który tkwił w gotowości do atomowego ataku na nasz bratni obóz. Dorośli szeptem przekazywali sobie informacje o tym, że rozmieszczenie bloków w tej okolicy też nie jest przypadkowe – zostawiono między nimi tyle przestrzeni, by złożyły się jak domki z kart, gdy przyjdzie radioaktywna fala.


Dziś, gdy do schronów można wejść bez trudu, ich czar trochę prysł. W wielu blokach zaadaptowano je na zwykłe piwnice dla lokatorów, którym nie starczyło już dodatkowej powierzchni na magazynowanie dóbr w czasach gospodarki centralnie planowanej. W innych, jeszcze nie przerobionych na lokatorskie komórki, można znaleźć co najwyżej mysie ślady i trochę zwyczajnego brudu. Gdzieniegdzie ocalała jakaś żeliwna wanna, w której można byłoby spłukać z siebie nadmiar radioaktywnego pyłu, w innym pomieszczeniu ze ścian wystaje kilka umywalek. Podobnie jak komory dekontaminacyjne (ach, te nazwy!) nie miały szans spełnić się w przeznaczonej im roli. Może i dobrze, bo sądząc po jakości oddawanych w tamtym czasie do użytku obiektów, też nie ustrzegły się niedoróbek.




Czas zatrzymał się tylko w jednym schronie, na rogu dzisiejszych ulic Jana Pawła II i Solidarności, pod całodobowym sklepem, gdzie w latach 60., w schronowej toalecie (przepisowo oddzielonej od reszty pomieszczeń, żeby nie przepuszczać dalej skażonego powietrza) znaleziono zmasakrowane zwłoki piętnastolatka o imieniu Bohdan. Zbrodnia znalazła się na czołówkach gazet, bo ojciec zamordowanego chłopaka to nikt inny, tylko Bolesław Piasecki, działacz PAX-u i przedwojenny endek, postać o zawiłym i niezbyt sympatycznym życiorysie. Stąd też śmierć Bohdana obrosła mnóstwem fantastycznych przypuszczeń, wśród których nie zabrakło, a jakże, odgrzewanych antysemickich mitów.

Tymczasem ta piwniczna część budynku przetrwała niemal nietknięta przez kolejnych pięćdziesiąt lat. Kolega fotograf, który zszedł tam całkiem niedawno, był skłonny przysiąc nawet, że dostrzegł jeszcze rdzawe ślady krwi na posadzce, choć to przecież mało możliwe..... A niewyjaśnione kulisy śmierci w schronie na skrzyżowaniu ulic Świerczewskiego i Marchlewskiego już chyba na zawsze zostaną jedną z zagadek Muranowa - aż dziw, że na kanwie tej historii nie powstał jeszcze kolejny miejski kryminał.
Beata Chomątowska
Znajdź nas na Znajdź nas na instagramie
Trwa ładowanie komentarzy...